poniedziałek, 11 stycznia 2010
Z lądowań wyróżnienie jako Lądowanie z Koszmaru otrzymało lądowanie w Nowym Jorku. Tego dnia padał śnieg i musieliśmy przebić się przez grubą warstwę chmur. Powyższe zdjęcie wykonaliśmy gdy samolot stał już bezpiecznie na płycie lotniska. Nowy Jork przed Świętami Bożego Narodzenia, zwłaszcza w tak zimowej scenerii w jakiej mieliśmy go szczęście oglądać, cały obwieszony jest świecidełkami i wszędzie czuć atmosferę zbliżającego się wydarzenia. Ulegliśmy przedświątecznej gorączce kupowania i Piotr nabył sobie samemu prezent pod choinkę, który dał mi ponieść kawałek po Piątej Alei, by sam mógł zrobić zdjęcia kolędującego chóru pod jednym z kościołów. Ponieważ w naszych plecakach nie było oczywiście kurtek zimowych, więc ubieranie się "na cebulkę" zyskało nowy wymiar: 5 warstw letnich ubrań=1 ubranie zimowe. Zimę w Nowym Jorku najlepiej widać oczywiście w Central Parku. Tłumy prowadzą wojny na śnieżki, zjeżdżają na sankach i jeżdżą na łyżwach. Najsłynniejsze lodowisko świata znajduje się pod Rockefeller Cernter, wejście + wypożyczenia łyżew, których również nie mieliśmy w plecakach, kosztuje prawie 100 pln, więc nie skorzystaliśmy, ale obejrzeliśmy śliczne dekoracje i wielką choinkę pod jednym z najwyższych wieżowców w Wielkim Jabłku. Chociaż Święta w USA nawet nie nazywają się Świętami, tylko wakacjami zimowymi, to i tak jest to czas kupowania prezentów. Komercyjny wymiar Bożego Narodzenia jest tu nadwyraz rozwinięty i sklepy prześcigają się w przyciąganiu klientów coraz to wymyślniejszymi i bardziej wypieszczonymi wystawami. Tu jedna z, naszym zdaniem, najładniejszych: Wylecieć z Nowego Jorku, tak jak i wylądować, nie było łatwo. Nasz samolot wyleciał 6 godzin opóźniony, ale i tak udało nam się szczęśliwie zdążyć do domu na Święta. Pełni wrażeń po Machu Picchu wracaliśmy, nie uwierzycie, autobusem do Limy, gdy natknęlismy się na protest miejscowych wieśniaków. Otóż miejscowi wieśniacy bardzo chcą mieć u siebie uniwersytet i zdenerwowała ich obojętność rządu na ten problem. W ramach protestu zdecydowali się na bardzo swojską formę - blokadę drogi. W normalnym kraju blokada drogi w dowolnej wsi nie spowodowałaby wiekszego zamieszania. No chyba że zablokowana została JEDYNA asfaltowa droga która w tym kraju biegnie z północy na południe - Panamericana. Żeby było weselej, wieśniacy bardzo sprytnie wybrali miejsce blokady, mianowicie zablokowanego fragmentu nie dało się w skończonym czasie (tzn po latynoamerykańsku <48h) objechać po drogach nieasfaltowych. Wieśniacy wiedzieli, że peruwiańskim kierowcom dzikie drogi nie straszne - dlatego zablokowano drogę wykorzystując naturalne ukształtowanie terenu - na lewo ocean, na prawo pustynne góry. Jedyne drogi w kraju mają to do siebie, że szybko tworzą się na nich korki. Korki w Peru sa inne niż u nas - mianowicie składaja się prawie wyłącznie z ciężarówek i autobusów, w proporcji 5:1. Nie ma samochodów osobowych - oprócz Limy nikogo nie stać, osobówka jest tu takim rarytasem że właściciele podjeżdżali pod blokadę i po poproszeniu wieśniaków byli przepuszczani (a autobusy już nie). Po pierwszej godzinie postoju nasz kierowca szacował korek na tysiąc pojazdów. Po czwartej godzinie postoju minęła nas rozwścieczona manifestacja - zachowywali się tak jak zachowują się zdenerwowani studenci na całym świecie - rzucali kamieniami w koła samochodów, nieśli ze soba gałęzie i zastawiali nimi drogę, turlali jakieś opony - chyba je później palili? (Aha, w sumie to nie wyglądali na studentów tylko na szukających rozróby wieśniaków) No, przez chwilę było naprawdę nieprzyjemnie, ale na szczęście szybko nadeszła odsiecz. Odsiecz nie była jednak zbyt dzielna i podążała wolno naprzód, oczywiście zachowując rozsądną odległość za tłumem.
Największym wygranym awantury był bez wątpienia uwieczniony powyżej lodziarz w czerwonym - po prostu jeździł wzdłuż ciężarówek stojących w słońcu na pustyni. Zacząłem mieć nawet podejrzenia, że ludność zablokowała tą drogę właśnie po to by zwiększyć sprzedaż wody, lodów i kanapek oraz przewozów motorikszami. Możecie się śmiać, ale w ameryce łacińskiej wymienione zawody stanowią potężne lobby, dając prace pewnie z 10% społeczeństwa! Po niecałych sześciu godzinach ruszyliśmy dalej, co wydłużyło naszą podróż z 20 do 26 godzin...
Następnego dnia, zamiast odpoczywać, poszliśmy poczuć wiatr we włosach (?)
No, osobom z lękiem wysokości tego nie polecam
Paralotnia nie posiada, w odróżnieniu od motolotni, silnika, i w zasadzie składa się tylko z dużego spadochronu. Startuje się z krawędzi wysokiego (ok 50 metrów) klifu nad Pacyfikiem, by, wykorzystując prądy powietrzne, wznieść się na ok 200-300 metrów w górę.
Nad miasto...
...i nad ocean!
Wysoko, prawda? Nie spodziewałem się...
Najpierw leciałem ja, a nastepnie pomysłodawca całego zamieszania:
Pomysłodawca był dzielny, choć obawiał się, że wciągną go klimatyzatory Mariotta. No i po ladowaniu bał się trochę latać samolotem...
Loty odbywały się oczywiście w parze z instruktorem, który był przypięty z tyłu.
Lot trwał około 15 minut i dostarczał wspaniałych wrażeń - zupełnie... innych.
Latanie na paralotni jest fantastyczne i najbardziej chyba pozwala poczuć się jak ptak. Jest bardzo ciche, ruchy paralotni są spokojne, ale jak ktoś lubi mogą błyskawicznie stać się szybkie i ostre. Paralotnia jest bardzo zwrotna i fantastycznie manewruje, pozwalając jednocześnie na odprężenie i niczym niezmącony kontakt z otoczeniem. Nie jest dzikie jak skok spadochronowy, nie hałasuje jak motolotnia, nie odgradza cię od powietrza jak samolot.
To była ostatnia z naszych przygód. Wieczorem przejechaliśmy taksówką całą Limę - osmio (a niektórzyn mówią że dwunasto) milionowe miasto, które wydaje się być jednym gigantycznym korkiem w większości składającym się z taksówek - i dotarliśmy na lotnisko, skąd, z lepszymi lub gorszymi lądowaniami, dolecieliśmy do zaśnieżonego Nowego Jorku...
sobota, 19 grudnia 2009
Postanowilismy zbuntowac sie przeciw wszechobecnemu w okolicy zdzierstwu, i zamiast placic 100 USD za przejazd tam i z powrotem pociagiem - atrakcja dla turystow - obralismy bardziej skomplikowana, ale i ciekawsza, trase. Rozpoczelismy od dotarcia do Ollantaytambo, gdzie znajduja sie ruiny twierdzy Inkow. Za obejrzenie tej ciekawostki z bliska oplata wynosila 40 soli, czyli 40 pln, czyli zdecydowanie za duzo, zwlaszcza, ze wszystko widac jak na dloni zza bramy wejsciowej... Do Ollantaytambo dojechalismy busami z przesiadka, nie wziawszy pod uwage rad Pani z Biua Podrozy, ze nalezy wczesniej zarezerwowac autobus z Ollantaytambo do Santa Maria, gdzie chcielismy nocowac. Gdy wiec udalo nam sie autobus zlapac, byl pelen i jedyne miejsca jakie nam zaoferowano byly w szoferce. Niestety za pelna oplata. Za to gartis dostalismy do zucia liscie koki. Podobno dla kierowcy to jedyny sposob zeby przejechac ta trase jedengo dnia w obie strony i nie zasnac, co mogloby byc fatalne w skutkach na tak kretej drodze nad urwiskiem: (zdjecia oddaja stan podroznikow w czasie tej szalonej drogi) Ekipa w szoferce, oprocz nas i wspomnianego kierowcy, skaldala sie jeszcze z dwoch ludzi, ktorych zadaniem bylo byc dodatkowymi parami oczu na ostrych zakretach, stewardessy i jednego bosonogiego, ktory wiekszosc czasu spal. Droga byla dluga. Podczas pogawedki z jedna z dodatkowych par oczu dowiedzielismy sie min. ze Chile ma zamiar zaatakowac Peru, poniewaz chce jego wode. Z autobusu wysiedlismy kilka kilometrow przed nasza miejscowoscia aby zazyc ozywczej przechadzki. Idac niespiesznie minelismy jeden z typowych dla regionu cmentarzy: Oraz na dluzej zatrzymalismy sie pod drzewem mango przed miescowym sklepem pogadac z miejscowa kobieta o roznicch miedzy naszymi krajami: np. u nas nie ma alpak, ale za to kury sa i w Peru i w Polsce! Po nocy w Santa Maria, gdzie nie dochodzi zadna asflatowa droga i nie ma zupelnie nic, ruszylismy dlaej busem, i okazalo sie ze trasa poprzedniego dnia to bylo nic. Ja siedzilam sparalizowana ze strachu a Piotr radosnie robil zdjecia. Tym razem rowniez wysiedlismy nieco wczesniej, przy miejscu ujscia podziemnej rzeki, tak poteznej i wspanialej, ze nie moglismy wyjsc z podziwu. Reszte drogi pokonalismy pieszo wsrod prawdziwych zielonych andyjskich szczytow. Wreszcie dotarlismy do torow prowadzacych do miejscowosci lezacej u stop Machu Picchu, Aguas Calientes. Wedrowka byla wspaniala, jet to dosc popularny szlak pieszy wsrod alternatywnie podrozujacych, no i ma te zalete, ze nie moza sie zgubic. Nastepnego dnia budzik zadzwonil o 4.00 rano, ale nie mielismy szczescia - lalo - wiec z pieszego podejscia nici. Wsiedlismy za to w pierwszy autobus o 5.30 (7 USD, zdzierstwo za 10 km drogi) i o 6.00 na samo otwarcie bylismy pod wejsciem do machu Picchu - tajemniczego miata Inkow, nigdy nie nawiedzonego przez konkwistadorow, a mimo to porzuconego przez ludnosc 500 lat temu, zaledwie 100 lat po jego wybudowaniu. Jak juz wspomnialam, rano padalo, wiec na gorze rowniez bylo mgliscie. Robilo to niesamowite wrazenie, chyba jeszcze lepsze nic przy pelnym sloncu, poniewaz po trochu odslanialy sie przed nami poszczegolne czesci miasta, a takze otaczajce je nesamoitw szczyty gorskie. Machu Picchu jest zbudowane w taki sposob, aby moc oddawac czesc sloncu. Wszystkie jego czesci rozmieszczone sa w przemyslany sposob umozliwiajacy obserwace roznych zjawisk astronomicznych. Naszym przewodnikiem byla ksiazka Szamana Mallku wyjasniajaca tajemnice Inkow. O 6.00 rano oczywiscie nie bylismy jedynymi turystami, ale nadal moglismy poczuc moc, lub magnetyzm, jak mawia Szaman Mallku, Krysztalowego Miasta, rowniez jak mawia Mallku. Jedka to, co zaczelo sie dziac ok 10.00, gdy pierwszy pociag z Cuzco dojechal do agus, to byl prawdziwy turystyczny Mac Donald: mozna juz bylo chodzic sciezkami tylko w jedna strone i wszytskiego pilnowali ludzie z gwizdkami. W calym tym zamiesznaiu wyluzowane byly tylko lamy, lazace sobie samowolnie po terenie. Machu zrobilo nas nas mimo wszystko wielkie wrazenie i bylo wspanialym ukoronowaniem naszej trzymiesiecznej podrozy.
Do Cusco, bedacego stolica imperium Inkow i ich swietym miastem (wybudowanym w ksztalcie pumy, swietego zwierzecia - do dzisiaj zachowal sie oryginalny plan ulic!), wjechalismy bardzo podekscytowani. Miasto to jest baza wypadowa na Machu Picchu oraz do Swietej Doliny Inkow. Polozone jest na wysokosci 3300 mnpm i dosyc czesto tu pada. Widok z okna hostelu mielismy ladny: Oczywiscie, po zdobyciu przez hiszpanow miasto stracilo swoje znaczenie, gdyz stolice przeniesiono do Limy, zostalo jednak zabudowane przepieknymi kolonialnymi palacami, ktore w wiekszoci stoja na fundamentach palacow Inkow, czyli Krolow - bo Inka to znaczy wlasnie Krol. Niektore budynki sa poprostu nadbodowka nad mury Inkow, dzieki czemu mozna dzis podziwiac niezwykly kunszt dawnych wladcow tych terenow w obrobce kamienia. Inkowie nie znali/nie uzywali zaprawy, wiec przycinali kamienie do ksztaltu trapeza, wierzac, zetaki ksztalt zagwarantuje murom wytrzymalosc. Faktycznie, mury Inkow przetrwaly wszystkie liczne trzesiena ziemi, ktore regularnie rownaly z ziemia kolonialne budynki budowane na zaprawie. Miasto jest piekne i robilo by fantastyczne wrazenie, ...ktore psuja jego mieszkancy. Wyobrazcie sobie, ze kazdy chyba z mieszkancow tego 300.000 miasta zyje z turystow. Nie ma tu nic innego, wszystko ostatecznie sprowadza sie do turystyki. Chmary naganiaczy na ulicach proponuja ci wizyte w ich sklepie, restauracji, zakup ich obrazow, paskow, zegarkow, okularow slonecznych (chociaz wlasne masz na glowie), tatuaze, czyszczenie butow, wycieczki, bilety, pamiatki x3, i tajemnicze masaze - podejzewamy ze to elegancka nazwa burdelu. Jak idziesz trabi na ciebie KAZDA taksowka, a naganiacze i sprzedawcy wchodza ci pod nogi i zachodza droge. Na dodatek, miasto Cusco ma wiele nieciekawych muzeuw, oraz wiele ciekawych miejsc archeologicznych. Zatem, nikt nie kupowalby biletow do muzeow, prawda? Miasto Cusco przechytrzylo turystow, i sprzedaje po 70pln bilet na 16 (!) atrakcji w miescie, z ktorych godne uwagi sa dwie (2!). Na dodatek, nie da sie kupic wejsciowek na te miejsca osobno! Trzeba kupic wspolna. Skandal i wysysanie pieniedzy z turystow. Ale to nic przy cenie biletu kolejowego do Machu Picchu - 96$ w dwie strony za 100 km jazdy w kazda z nich! Strasznie nas to zmeczylo. Postanowlismy opuscic to miasto, gdzie miejscowi nie potrafia zrobic nic sami, umiejac tylko korzystac z osiagniec przodkow i doic coraz wieksza kase z turystow, i ruszyc dosyc alternatywnym, dwudniowym i kompletnie niezorganizowanym szlakiem do Machu Picchu, podczas ktorego wyrwalismy sie troche z peruwianskich okowow zorganizowanej turystyki, i poczulismy ponownie klimat Ameryki Srodkowej, zaoszczedzilismy rowniez sporo pieniedzy. Wstretnej peruwnanskiej turystyce i wysysaniu pieniedzy mowimy NIE!
niedziela, 13 grudnia 2009
Liczylismy na to bardzo, ze Arequipa, drugie najwieksze miasto Peru, bedzie lezala wsrod zielonych szczytow Andow. Niestety, lezala wsrod pustynnych gor. Miasto samo w sobie ladne, oczywiscie jesli chodzi o starowke - cala reszta w klasycznym wspolczesnym stylu peruwianskim. Troche juz bylismy zmeczeni dlugimi trasami autobusow wozacych nas od miasta do miasta, bez nawet lekkiego dreszczyku emocji, jaki odczuwalismy w Ameryce Srodkowej. Dlatego tez postanowilismy w Arequipie podniesc sobie nieco poziom adrenaliny. Zaczal Piotr zamawiajac w kanjpie tutejszy przysmak, czyli cuy. Czy ktos z Czytelnikow rozpoznaje to zwierze? Ja oczywiscie tego nie jadlam, zreszta nie starczyloby dla obojga: skora i kosci.
Wrociwszy do hotelu mielismy plan polozyc sie spac, jednak z pokoju wywolal nas, o dziwo, polski okrzyk: Agata, piotrek, chodzcie na piwo! Jakie bylo moje zdumienie, gdy po wyjsciu z pokoju zobaczylam, ze osoba wydajaca ten okrzyk jest Magda, moja kolezanka z uczelni z ktora dzialalysmy razem w oikosie!!! To niezywkle zbieg okolicznosci, bo choc w Peru zdaza nam sie natrafiac na Polakow, to jednak spotkanie kogos znajomego nie wydaje sie byc mozliwe. A jednak... Magda z Michalem podrozuja na motorze z Kolumbii. Coraz bardziej podoba nam sie taka forma podrozowania:)
Nastepnego dnia mielismy 2 opcje: kanion Colca = 8h w autobusie lub rafting Rio Chilli = 1h w autobusie. Wybor byl prosty. To byl nasz pierwszy rafting w zyciu. Rzeka byla odpowiednia dla pocztkujacych (szybkosc 3 i 4), choc nie brakowalo naprawde emocjonujacych chwil, lacznie z kolizja z inna tratwa, ktroa o maly wlos skonczylaby sie dla wszystkich kapiela w rwacym nurcie Rio Chilli. Byla to wspaniala przygoda. Na zdjeciu zaloga naszej tratwy w prawie pelnym rynsztunku, juz po splywie.
Z Arequipy ruszylismy nad jezioro Titicaca. Zatrzymalismy sie w miasteczku Puno, dumnie zwacego sie stolica folkloru. I rzeczywiscie, prawie od razu trafilismy na jakas parade dzieci w tradycyjnych strojach...
... z tradycyjnymi dodatkami. Tu: lamy.
Oczywiscie najwieksza atrakcja jest odwiedzenie slynnych plywajacych wysp. Ich mieszkancy (ok 2000 osob) 1000 lat temu wybarli ten sposob na zycie aby uniknac atakow ze strony innych plemion. Nie jest to jednak zycie latwe: przecietna dlugosc zycia wynosi zaledwie 60 lat a wszyscy starsi ludzie ze wzgledu na dolegliwosci reumatyczne przeprowadzaja sie do Puno chcac uniknac wilgoci. Wszystkie wyspy sa do siebie podobne, nieduze, cale wyscielone ichnia sloma. Co 2 tygodnie trzeba dolozyc na wierzch nowa warstwe tej slomy, wiec podnoszone sa wszystkie chaty. Na kazdej wyspie zyje kilkanascie osob a cala spolecznosc jest ze sba spokrewniona. Na kazdej wyspie jest takze kacik edukacyjny dla turystow. Wyspy konkuruja ze soba o nich i kobiety nawoluja zapraszajac wlasnie do siebie wszystkie lodki z ciekawskimi turystami.
Kobiety nosza tu bardzo tradycyjne stroje skaldajace sie z wielu warstw majacych chronic przed wilgocia. I wszystkie bardzo kolorowe.
Wykupiona przez nas wycieczka obejmowala takze rejs na wyspe Taquile, tym razem prawdziwa, kamienna wyspe. Zyje tam rowniez ciekawa spolecznosc mocno zwaizana ze swoja tradycja i kultura. Spacer po wyspie przywodzil nam na mysl spacr po kamieniatych wybrzezach Morze Srodziemnego, zwlaszacz, ze Titicaca jat naprawde ogromnym jeziorem. Po 2 godz rejsu nadal nie moglismy stwierdzic gdzie sie ono konczy.
Zjedlismy w tej sielskiej scenerii pyszny posilek: pstraga prosto z jeziora. Palce lizac.
Pokrzepieni ruszylismy w droge do naszego statku mijajac wiele takich oto kamiennych lukow oznaczjacych koniec terenu jedych i poczatek drugich wspolnot roliczych.
Nasz nastepny cel podrozy jest jednoczesnie ostatnim: Cuzco i Swieta Dolina Inkow. Potem wracamy na samolot do Limy, spedzamy 2 dni w NY i wracamy!
...czyli tajemniczy plaskowyz Nazca. Okolo tysiaca lat temu blizej niezbadana cywilzacja pozostawila po sobie tysiace ksztaltow wykonanych na obszarze 500 km2, wykonanych w technice ¨zdejmij jasna warstwe ziemi a ukarze sie ciemna warstwa ziemi i bedzie mozna ogladac nasz rysunek z samolotu¨. Takiego jak ten w ktorym nad nimi przelecielismy (z prawej):
Ciekawe, czy lud Nazca spodziewal sie, ze kiedys ktos bedzie ogladal te ich rysunki, z ktorych najwieksze maja kilkaset metrow srednicy. Jak dotad, nie udalo sie udowodnic, aby lud Nazca byl w stanie zobaczyc swoje rysunki. Nie przeszkadzalo im to w wykonywaniu calkiem skomplikowanych ksztaltow z niezwykla prezycja:
Nie wyjasniono, bo co robili te rysunki, oraz dziesiatki idealnie prostych linii biegnacych po horyzont. Generalnie uwaza sie, ze bylo to miejsce kultu religijnego, majace dodatkowo forme gigantycznego kalendarza badz atlasu gwiezdnego. Niektorzy badacze poswiecili zycie na udowadnianie, jakie to gwiazdy wskazywane sa przez poszczegolne linie i rysunki. Istneja rowniez teorie mowiace, ze lud Nazca robil rysunki, bo wiedzial ze ktos je oglada z gory - ponizsza postac, nazywana Astronauta, sugeruje, ze lud Nazca widzial gosci z kosmosu
Wiara w kosmitow to sprawa indywidualna - faktem jest jednak niezwykla precyzja wykonania, i straszny upor w robieniu tych rowow. W ciagu 30 minut lotu widzielismy 12 najbardziej wymyslnych figur, ale pomiadzy nimi byly setki linii, prostakatow (zwanych rowniez ladawiskami), trojkatow (jak krazowniki Imperium ze Star Wars). Na ponizszym zdjeciu - dla spostrzegawczych - malpa z fantastycznie zakreconym ogonem.
Lot nad plaskowyzem Nazca byl fantastynczy rowniez z powodow widokow - czy wspominalem juz ze pol Peru to pustynia?
Samo miasto Nazca natomiast nie jest juz tak wspaniale, choc okazalo sie byc calkiem sympatyczne. Jak wiele miejsc w Peru zyje w 100% z turystow i rowow wykopanych przez przodkow, tubylcy nie byli jednak bardzo natarczywi, a ceny byly przyzwoite. Nie zmienia to jednak, ze buduja oni w sposob typowo srodkowoamerykanski... Zostawiaja mianowicie wystajace na gorze prety, aby moc dobudowac kolejne pietra, jak kiedys przyjdzie im ochota. Domyslacie sie, ze wiekszosc z tych budynkow nigdy nie widzi tych kolejnych pieter, a miasto wyglada jak jez. Taki sposob budowania jest charakterystyczny dla ameryki lacinskiej, od Meksyku do Peru stercza druty (tylko w Kolumbii troche mniej).
Wyglada na to, ze linie w Nazca pozostana niewyjasniona tajemnica, i beda zapewniac byt tutejszym ludziom az sie nie zmieni klimat i nie znikna pod woda. Jest to miejsce godne polecenia, i zdecydowanie nie nalezy zalowac pieniedzy na samolot (chyba ze ma sie slaby zoladek, bo pilot NAPRAWDE stara sie pokazac linie z kazdej strony, w zwiazku z czym wiekszasc czasu leci sie lezac na jednym z bokow - rekomenduje sie nie jedzenie sniadania), bo alternatywa jest wejscie na okolo 20 metrowa wieze i zobaczenie z niej kawalka jednej z figur - coz, jak pisalem na poczatku, lud Nazca tak zbudowal swoj pomnik, by nie dalo sie go zobaczyc inaczej niz z powietrza.
piątek, 04 grudnia 2009
Pierwszym archeologicznym celem w Peru byly okolice miasta Trujilo. Wykupic mozna bylo wspaniala wycieczke: jednodnowy objazd pozostalosci po miastach pradawnych kultur Moche i Chimu. Niestety Piotr tego dnia przykuty byl do muszli, wiec dzielnie ruszylam na nia sama. Najpierw zabrano nas do ruin miasta kultury Moche umiejscowionego pomiedzy dwoma swiatyniami: Slonca i Ksiezyca. Te druga mozna bylo zwiedzac. Z pierwszej, ktora w czasach swej swietnosci byla potezniejsza, zostala ledwie 1/3 po tym jak Hiszpanie puscili przez nia rzeke aby wyplukac z niej bogactwa. Dzialo sie to wszystko na pustyni, ktora byla pustynia za czasow wielkiego ludu Moche. Centrum turystyczne wyglada jak zielona oaza: Swiatynia Ksiezyca byla niezwykle interesujaca, zawiera w sobie bowiem tak naprawde 5 swiatyn. Po smierci krola zabudowywano swiatynie i nowy krol wznosil na tak powstalym fundamencie nowa. Co ciekawe, zdobienia z poziomu 4: ... sa ludzaco podobne do zdobien z poziomu 3. Sa bardziej zniszczone, poniweaz byly blizej powierzchni. Prawdopodobnie ten sam motyw pojawia sie w zdobieniach poziomu 2 i najstarszaego czyli 1, jednak trudno sie do nich dokopac nie zawalajac wyzszych poziomow. Budowle wzniesione sa z cegly. Na zdjeciu wystawka oryginalnych cegiel. Kazda jest dzielem innej grupy/rodziny rzemieslnikow, wiec jest inaczej oznaczona. A oto fragment muru wokol glownego placu ceremonialnego, Ukazuje on elemnty zycia codziennego owczesnych mieszkancow miasta. Chyba mieli tam wesolo. W Peru zaskoczylo nas, ze tyle psow ma przykre choroby skory, ktroe upodabniaja je wlasciwie do czarnych swin. Jak sie jednak okazalo, psy peruwianskie to oddzielna rasa i jej cecha charakterystyczna jest brak futra oraz wysoka 40C temperatura ciala. Z tego powodu byly hodowane przed Starozytnych Peruwianczykow aby grzac im w zimne pustynne noce nogi. Psy te sa bardzo mile, ale nie ma sie duzej ochoty ich poglaskac... Zwiedzajac Swiatynie Teczy utwierdzilam sie w przekonaiu, ze tereny Peru byly Wybrane, przez kosmitow oczywiscie, i z tej przyczyny czesto odwiedzane. Albo moze spozywano tu za duzo koki...?
Duza czesc ruin zostala bezpowrotnie stracona dla badaczy poniewaz wyrosly na nich zabudownia dzielnicy mieszkalnej we wspolczesnym stylu klasycznym Peru czyli prostopadlosciany z cegly z dachem lub bez, mnostwem drutow wystajacych na zewnatrz, zbrojeniem wystajacym z dachu (na przypadek gdyby takiej rodzinie mialo sie polepszyc w najblizszym czasie i mieli sobie z ulanska fantazja dobudowac jeszcze jedno pietreko) oraz podworzem pelnym nieznanego przeznaczenia przedmiotow takich jak kupa polamanych cegiel, zwoj drutu, dziurawe wiadra, 100m folii itp. Gwozdziem programu naszej wycieczki bylo Chan Chan: riuny wielkiego mista wielkiego ludu Chimu. W odroznieniu od pierwszego zwiedzanego przez nas obiektu, lud Chimu, gdy zmarl ich wladca, zamykal cale miasto i przenosil sie 200 - 500 m dalej wznoszac nowe mury, centrum administracyjen, place, domy i palace. Jest takich ruin tu 9. Zwiedzilismy nr 8, czyli prawie najnowsze z nich. Wejscie do miasta tylko jedno, na polnocnej scianie, poniweaz wieje tu caly czas wiatr od poludnia przenoszac gory piasku. Miasto musialo byc niezwykle piekne. Teraz glownie sie je zabeazpiecza przed dalszym zniszczeniem. Choc deszcz jako taki nie pada tu nigdy, mimo ze czesto jest pochmurno jakby sie na to zanosilo, to jednak caly kompleks zabezpieczony jest systemem slupkow, na ktore mozna nalozyc jakby daszki na wypadek gdzyby Peru zostalo nawiedzone przez fenomoen kilmatyczny/pogodowy jakim jest El Niño. Klimatu tu panuje jak w Gwiezdnych Wojnach. A posrodku kompleksu znajduje sie rezerwuar z woda i kaczkami, ktore maja tu swoj azyl. Jak tylko wystawia stad dzioba staja sie celem polowan okolicznych mieszkancow podobno. Zachecam wszystkich studentow archeologii w Polsce do przyjechania do Peru. Chetnie przyjmuja wszekla pomoc w odkopywaniu wielkich misat. Wiekszosc nadal jest zasypana piachem jak na ponizszym zdjeciu. Oczywiscie mozna tu przybyc na zasadach nieodplatnej praktyki studenckiej, bo pieniedzy jak zawsze za malo... Po opuszczeniu gorskiego Quito zjechalismy troche nizej, do sympatycznego miasta Cuenca. Ze smutkiem zauwazamy ze kazde kolejne kolonialne miasto robi na nas coraz mniejsze wrazenie - nie dlatego ze jest brzydsze, ale dlatego ze jest kolejne. Mimo to bylo sympatycznie i, coz za odmiana po Quito - bezpiecznie.
Byly nawet ruiny
I dzikie zwierzeta, co prawda w klatkach (ale dzieki temu nie trzeba latac tygodniami po lesie zeby sfotografowac papuge) Bez wiekszych emocji opuscilismy Cuenca i ruszylismy w strone granicy Ekwadoru z Peru, miejsca majacego opinie ¨Najgorszego Przejscia Granicznego w Ameryce¨. Opinia ta jest uzasadniona. Wyobrazcie sobie, ze Peru z niewiadomych przyczyn buduje punkt imigracyjny 3 kilometry od wlasciwego przejscia granicznego, na srodku pustyni. Co robicie jako Ekwador? Budujecie swoj punkt imigracyjny 3 kilometry wglab wlasnej granicy, dzieki czemu miedzy przejsciami powstaje 6 kilometrow, w polowie rozdzielonych niewielkim wstretnym miastem, ktore lezy dokladnie na granicy i w ktorym trwa niewyobrazalnie wielki bazar, gdzie kazdy chce cos tobie wcisnac (swinie sprzedawaly nawet egzotyczne zwierzeta: malpy, papugi i jaszczurki). Jest to rowniez jaskinia oszustw i wyludzen na turystach, przykladowo: wszystkie autobusy koncza bieg przy imigracji ekwadoru. Nie ma busa do imigracji Peru, wiec pytasz taksowkarza czy i za ile zawiezie cie do granicy. Tyle i tyle, jedziecie, po czym on wysadza cie po ekwadorskiej stronie olbrzymiego bazaru i mowi: oto granica, dalej chocbym chcial jechac nie moge. Ty wkurzony przedzierasz sie przez bazar i musisz wziac kolejna taksowke... itp itd. Aby tego unknac postanowilismy wziac autobus directo, co przejezdza granice i zatrzymuje sie przy obu imigracjach, po czym jedzie dalej. Oczywiscie, kolejny raz okazalo sie ze w rozumieniu latynoskim directo znaczy ´wysiadacie na imigracji ekwadoru i czekacie na autobus z numerem 38, ktory NA PEWNO zaraz przyjedzie´. Czekamy wiec i czekamy - jedzie autobus - nazwa firmy ta sama, tylko numer: 15. No wiec nie lapiemy go i czekamy dalej. Po jakis 5 minutach chlopak jedzacy zupe na poboczu pyta nas na co czekamy, po czym zrywa sie i mowi, ze 38 juz odjechal, bo on pracuje dla firmy autobusowej i wie, ale zadzwoni, ze ten autobus poczeka na nas na granicy, tylko musimy wziac taksowke, i go szybko gonic. Od razu wola taksowkarza i kaze nas wiezc do granicy. Oczywiscie, jestem przekonany ze nas wspolnie wkrecaja, szczegolnie ze chlopak jest dosc obdarty, a my slyszelismy mnostwo historii o oszustwach na tej granicy. Ale jakos mu dobrze z oczu patrzy. Wsiadamy do taksowki. I co? Okazuje sie ze naprawde pracowal dla firmy autobusowej, dogonilismy autobus, ktory nas nie minal, i nie wiadomo jaka droga dotarl na granice, ale to niewazne, bo dzieki temu uniknelismy przebijania sie przez bazar i brania kolejnej taksowki. Prubowano jeszcze od nas wymusic 5 minut pozniej 2 dolary na granicy, ale bylismy juz odporni na to. Problem tutaj jest taki, ze ludzie sa albo bardzo sympatyczni, pomocni i w ogole, potrafia zmianiac wlasne plany i nam pomagac, albo widza nas jako dwie wielkie chodzace sakiewki. To jest wkurzajace. No, ale jestesmy juz Mancora, czyli najmodniejszym kurorcie Peru - ´miejscu do pokazywania sie´(cytat). Smutne to, bo Mancora przypomina takie nasz Dabki, i to z polowy lat 90tych. Mimo to bylo sympatycznie. Ciekawostka byla za to wyprawa tuk-tukiem do miejscowych goracych zrodel, slynacych z rewelacyjnego blota.
Piaseczek z dna byl superdrobniutki i idealnie nadawal sie na maski. Ponizej: w Polsce 100 PLN, tutaj self-made tylko 2:
John Rambo:
Czy wspominalem ze klimat sie zmienil? Otoz sie zmienil. Jezeli cala wasza wiedza o Peru to zdjecie Machu Picchu, to sie zdziwicie: kraj ten w ogromnej czesci jest pustynny, co widac na zdjeciach. W takich do zludzenia przypominajacych Afryke warunkach kobiety musza daleko chodzic po wode
A mezczyzni uzywac wszystkich zmyslow aby wtropic zwierzyne
Rejon ten dal nam przedsmak podrozy po Afryce i Bliskim Wschodzie, jakiego nie spodziewalismy sie po tej podrozy. W ogole jakos to do nas nie trafialo ze trafimy na pustynie. Pomiedzy zupelnie suchymi gorami istnieja bujnie zarosniete doliny, ktore korzystaja z ogromnych ilosci wody splywajacych nimi w porze deszczowej.
Powyzej jazda taka kotlina, a ponizej widok na nia z wysokosci.
Sam tuk-tuk, czyli tzw motoriksza, jest w skrocie motorem z dwoma kolami z tylu i lawka, okropnie glosnym ale ekonomicznym srodkiem transportu. Na niektorych obszarach tuk-tuki praktycznie wyparly taksowki, a ich kierowcy stanowia gloso nawolujaca i trabiaca kaste. Kiedy ja robilem zdjecia, szofer, wyraznie zadowolony z wrazenia jakie robil jego pojazd, podrywal Agate:
Wycieczka byla przeciekawa, glownie dlatego, ze zjechalismy w bok z Panamerciany i zobaczylismy naprawde ksiezycowy krajobraz. Z Mancora dojechalismy do Truillo, nieciekawego miasta slynacego glownie ze wspanialych pozostalosci cywilizacji Moche i Chimu w jego okolicach, o ktorych Agatka napisze osobna notke. Kolejnego dnia pojechalismy do Limy, kolejnego 8-milionowego miasta na naszej trasie. Przespalismy sie w slynnej dzielnicy Miraflores, ktora wyglada raczej jak nadmorska czesc europejskiego miasta, i poza tym niewiele wiecej soba reprezentuje - ceny niestety rowniez byly europejskie. Lime opuscilismy juz po jednej nocy, a wlasciwe zwiedzanie i notka pojawi sie pod koniec naszego wyjazdu, gdyz wlasnie z Limy bierzemy samolot do NY, wtedy tez dajemy sobie czas na zwiedzenie miasta i jego slynnych muzeow.
PS: Jesli kogos to interesuje, mamy przecietnie 3 dniowe opoznienie w pisaniu notek. Pozdrowienia P&A
środa, 02 grudnia 2009
Do trzech razy sztuka. Dwa pierwsze wulkany to tylko byla rozgrzewka przed wjazdem do kraju wulkanow - Ekwadoru. Palme pierszenstwa dzierzy Cotopaxi - 5900 mnpm. My jednak zdecydowalismy sie na sasiadujacy z Quito wulkan Pichinchi - 4800 mnpm:
Trasa na wulkan nie jest trudna, a do podejscia jest pozornie niewiele, bo jakies 700 metrow, czyli mniej wiecej 2,5 podejscia na Gubalowke. Podejscia jest tak malo, gdyz z poziomu Quito (2800 mnpm) na 4100 mnpm wynosi nas super nowoczesna gondola - to ulatwia sprawe. Na drugim planie piekne miasto Quito - wieksze od warszawy, majace w najszerszym miejscu 3 kilometry, a wiec baaardzo dlugie:
Dziarsko ruszylismy naprzod, a droga, pomimo wysokosci ponad 4 kilometrow, przypominala bardziej Karkonosze...
...az do pierwszego, widocznego na zdjeciu, podejscia, kiedy to okazalo sie, ze na wysokosci 4 kilometrow powietrze NAPRAWDE jest rozrzedzone, i kazdy wysilek spotegowany jest wielokrotnie. Zeby nie bylo niejasnosci - bylismy zupelnie niezle zaaklimatyzowani, gdyz powyzej 2500 mnpm przebywamy juz od 10 dni, tj. od Bogoty. Dodatkowe 1300 metrow zrobilo jednak ogromna roznice, a dalej z kazda kolejna setka bylo coraz gorzej. Po 5-10 metrach podejscia w gore organizm nakazywal postoj. Trzy metry podejscia powodowaly zadyszke. Widoki byly jednak:
Tak samo jak przyroda - przypominam ze u nas powyzej 2100 prawie nic juz nie rosnie - na rowniku na 4300 mnpm rosna gesto kwiaty, dopiero okolo 4600 zaczela sie skala.
Byla tez zwierzyna - bardzo szybkie zwierze z typu nornych i rodzaj duzego ptaka. Droga wiekszosc czasu byla przyjemna, ale pod szczytem zmienila sie w kamienisto-ziemny zleb, w zwiazku z czym Agatka zrezygnowala z ataku na szczyt. Nalezy sie jej jednak szczegolny szacunek - podchodzenie na tej wysokosci mozna porownac do podchodzenia w Tatrach - z tym ze wyobrazcie sobie ze mozecie brac tylko CO DRUGI ODDECH. Pod koniec zlebu zaczela psuc sie rowniez pogoda, co ograniczylo widoki ze szczytu:
Byla to zdecydowanie najbardziej meczaca gora na jaka wszedlem. Satysfakcja jednak byla - na ponizszym zdjeciu ogromny krater wulkanu Pichincha:
A oto Piotr na szczycie, 4794 mnpm, przeszedlszy sciezke Pumy, pozdrawia swietlistym skrzydlem swietego ptaka Mallku, Kondora:
Oto Agata, ponizej zlebu, 4500 mnpm, z szacunkiem i strachem spoglada na Apu Pichincha, chcac juz powrocic na swieta sciezke Inti:
Andy sa fantastyczne, nie strasza skalami jak Tatry, ale potrafia nauczyc szacunku do wysokich gor (szczegolnie tego uczy zawrot glowy nad przepascia - nie z powodu wysokosci - wieksze sciany bywaja w Polsce - z powodu braku tlenu - nie da sie tego opisac, trzeba na taka wysokosc sie osobiscie wdrapac...)
W Quito nadal panowal przyjemny chlod. Niestety w odroznienieu od Bogoty, miasto nie przywitalo nas przyjaznie: od samego poczatku naszego pobytu bylismy ostrzegani przed grozacym nam niebezpieczenstwem w postaci napadu w celu rabunkowym. Pierwszym czlowiekim, ktory nas przestrzegal byl pan na przystanku autobusowym. Mileismy stamtad ok 10 min pieszo do hostelu, ale pan stanowczo doradzil taksowke. Chwile potem pan w hostelu doradzil ostroznosc i podczas wyjscia na kolacje i zebysmy nie zabierali ze soba nic oprocz kilku dolarow na jedzenie. W kanjpie restaurator na wiesc, ze wychodzimy po posilku zaproponowal, ze zamowi nam taxi, a gdzy powiedzielismy, ze mieszkamy 100m dalej nadal proponowal obstawe w postaci grajka lub kelnera. Nastepnego dnia rano ruszylismy na sniadanie, gdzie kelnerka w ogrodku doradzila nam trzymanie kurtek i plecakow na kolanach. W takiej atmosferze spedzilismy w Quito 3 dni. Nic nam sie oczywiscie nie przydarzylo... Stolica Ekwadoru lezy juz po drugiej stronie rownika jedank daleko jej do tropikalnych kilmatow. To piekne kolonialne miasto, mnostwo w nim naprawde przepieknych kosciolow, ktorych wnetrza doslownie ociekaja zlotem!
W Quito jest tez wiele konwentow i zakonow o pieknej architekturze.
Mimo tylu ostrzezen o niecnych wobec nas zamiarach miejscowych, wszyscy byli dla nas bardzo mili, a najmilsi byli restaurator i grajek z resteuracji La Taverna Colonial. Trafilismy do niej wyglodniali pierwszego wieczoru i juz na wstepie poczestowani show z drinkami. Napojem godnym bogow okazalo sie byc Canelazo, przyrzadzane od 6 pokolen wg tajemnej receptury przez rodzine restauratora - kucharza Michaela. Wybitny ten trunek moze byc alkoholowy jak rowniez bezalkoholowy, w zaleznosci od tego, czy sie doda do niego 70% ognista wode z Oriente, czyli amazonskiej czesci Ekwadoru. W obu wersjach pycha! Zacheceni milym przyjeciem i doskonalymi daniami powrocilismy dnia nastepnego, aby skosztowac slynnej Megaempanady Mistrza. Empanada to z grubsza cokolwiek smazone w ciescie, zazwyczaj nie wieksze od dloni...
... tym jednak razem bylo to cos nie do przejedzenia na dwoje, mimo, ze przepyszne.
Po uczcie dalismy krotki koncert dla posilajacych sie w naszej ulubionej quitanskiej knajpce:
Do spiewajcego juz plynnie po hiszpanski Piotra dolaczyl zawodowy spiewak rzewnych piesni. Byl pod wrazeniem umiejetnosci Piotra, ze lazmi w oczach prosil go o udzielenie choc kilkuminutowej lekcji. Wspaniala to byla przygoda w La Taverna Colonial, grazias Amigos!!!
W Quito nieco mniej bylo swiatecznej komercji, jednak udalo nam sie dostrzec jej zakamuflowany przyklad:
Ostatniego dnia ruszylismy choc na chwile poczuc sie jak w rownikowej puszczy, na ktora to przygode nie wystarczy nam czasu w tej podrozy. W ogrodzie botanicznym podziwilaismy teczowe motyle oraz niezliczona liczbe gatunkow storczykow. Uczta dla oka.
|
Zakładki:
Tutaj na serio?
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||